piątek, 6 marca 2015

O chłopcu i jego paczuszce, czyli domowe krakersy z tahiną




A więc nastał ten czas. Budzik już nie rozrywa moich nocnych rysunków w głowie, nie wymazuje bezlitośnie z pamięci marzeń sennych i nie rozcina ciemno-jasnego świata na pół. Wstaję i... jest jasno. Ot tak, po prostu. Słońce wstydliwie wkrada się do sypialni, a ja mogę spokojnie wstać nie potykając się o własne kapcie. To czas, kiedy domownicy budzą się szybciej, ba niekiedy nawet razem ze mną, a w kuchni dzieją się niezwykłe zjawiska – zapach świeżej kawy miesza się z dźwiękiem bulgoczącej w rondlu jaglanki a drzwi lodówki zamykają się w idealnym rytmie ze stukiem rozbitego wiejskiego jaja.


Tak, marcowe poranki zdecydowanie mi służą. Świeżo wyciśnięty sok z marchwi, gruszki i pietruszki oraz ciepłe śniadanie spakowane do pracy kolorują początek dnia na barwy takie, jakie sama sobie zaplanuję.

Już tylko kilka minut dzieli mnie od pierwszego kroku poza domem, który rozpocznie moją codzienną trasę. Wystarczy jeden wdech powietrza, aby zdefiniować prognozę na kolejne minuty szybkiego marszu. Potem już tylko przystanek, przy którym chłopak o wyjątkowo rozbudzonym i intrygującym głosie umila swoim graniem te dosłownie kilka sekund przechadzki, tramwaj, parę stron książki, szybki rzut oka na ludzi obok i... Wsiada on.

Chłopak, lat może czternaście, nie wyróżniający się niczym prócz plackiem z jaskrawożółtym pasem. Słuchawki na uszach usprawiedliwiają go przed kontaktem wzrokowym z kimkolwiek. Zasłuchany w swoim świecie siada, przekłada plecak na przód, pewnym ruchem przeciąga zamek i wyciąga podejrzaną żółtą paczuszkę. Nieporuszony otwiera ją, zanurza w niej dłoń i wyciąga. Paluszka. O siódmej rano.

Być może to moja przerysowana wrażliwość nie pozwoliła zignorować tego zjawiska, chociaż wolałabym wierzyć, że to po prostu było dziwne. Od razu w mojej głowie zaczęły trzepotać różnorakie myśli typu „mama mu to spakowała?”, „nie jadł śniadania w domu?”, „on to je codziennie?”

Odpowiedzi nie znam i zapewne nie poznam, wszak nieznane są kulinarne potrzeby innych. Pozostawiając swoją ciekawość nienajedzoną i może trochę szukając zrozumienia dla tych, którzy takowych paluszków po prostu potrzebują, prezentuję przepis na szybkie domowe krakersy z marchewką i tahiną. Mnogość składników odżywczych zawarta w kaszy jaglanej, paście sezamowej i pozostałych składnikach tej przekąski zdecydowanie przewyższa wszystkie zjadane wtedy „E” przez tamtego chłopca.

Domowe krakersy z kaszy jaglanej
Składniki:

pół szklanki ugotowanej i zblendowanej kaszy jaglanej
2 łyżki tahiny
starta na grubych oczkach średniej wielkości marchew
2 łyżki mąki kukrydzianej
1/2 łyżeczki suszonej papryczki jalapeno
szczypta soli
1 łyżeczka nasion chia

Sposób przyrządzania:
Nagrzać piekarnik do 200 stopni. Zblendowaną na gładką masę kaszę jaglaną przełożyć do miseczki. Wrzucić startą marchew, mąkę kukurydzianą, wlać tahinę oraz wsypać pozostałe składniki. Wymieszać łyżką na jednolitą masę. Blachę wyłożyć papierem do pieczenia. Gotową masę przełożyć na blachę, dociskając spodem łyżki, aby powstała cienka warstwa ciasta. Wstawić do nagrzanego piekarnika i piec ok. 25 minut (należy sprawdzić, czy masa się nie przypala). Po ostudzeniu, pokroić na cienkie paski lub kwadraty.
Podawać z ulubionymi pastami. U mnie to kukurydziana z awokado, pietruszką i czosnkiem.




Smacznego!

1 komentarz:

  1. Uwielbiam jaglaną, więc krakersy pewnie będą równie pyszne ! :)

    OdpowiedzUsuń